przez Uri » poniedziałek, 28 maja 2007, 19:39
problem jest, jak zwykle w "demokracji", delikatny i do pewnego stopnia nieokreślony.
do jakiego stopnia można ingerować w zachowanie innych? jak daleko może pójść naruszenie wolności jednego, aby ograniczyć/wyeliminować naruszenie wolności drugiego? Lubię zapalić przy piwku w pubie. nie twierdzę że jest to moralnie czyste, nie twierdzę że umilam ludziom czas. mam jednak na względzie pewien swój interes, mianowicie możliwość zapalenia przy piwku w pubie. ktoś obok ma swój interes, mianowicie nie chce palić biernie i wąchać smrodów mojej tutki wypełnionej tytoniem.
jedyne co może tutaj rozgraniczyć siłę jednego interesu od siły drugiego interesu to subiektywna ocena sytuacji. są palacze którzy są za zakazami. są niepalący którzy nie chcą zakazów.
pozwolę sobie przytoczyć inny przykład: przedziały dla palących w pociągach. jako miejsce specjalnie wyznaczone dla ludzi palących, technicznie ludzie niepalący nie powinni nawet tam wsiadać, a przynajmniej nie narzekać. to 3 przedziały w 2 czy 3 wagonach na trasach dalekobieżnych. wsiądzie taki terrorysta z dwójką dzieci i 5 osób które specjalnie wcześniej kupiły bilety żeby móc w spokoju zapalić w trakcie podróży w miejscu do tego wyznaczonym jest postawionych w sytuacji moralnego szantażu. kto ma tutaj słuszność, ten kto mimo wszystko zapali. czy ten, kto będzie mu robił pretensje?
pomijam tutaj rozwiązania typu usunięcie przedziałów dla palących, nie o to tutaj chodzi.
cóż, idąc dalej... czym jest rzeczywista demokracja? już abstrachując od sprawy palenia. czy zmuszanie mniejszości do przyjęcia decyzji większości jest wolnościa? czy wola większości nie przypomina tyranii? jaką alternatywę można by przedstawić? co z kompromisem?