FiDo napisał(a): cenie sobie pary, ktore sa na tyle odwazne aby wziac slub koscielny. ja bym sie od razu na to nie zdobyl. i nie chodzi tylko o to, ze balbym sie drugiej osoby. balbym sie tego, ze moje stosunki do niej ulegna zmianie, kiedy bede wiedzial, ze tak latwo ode mnie nie uciekniebo i tak przeciez byc moze
ja mysle podobnie. moze moj obraz malzenstwa - wiezienia bierze sie z obserwacji wielu, wielu nieszczesliwych par, silniej niz jakimkolwiek sakramentem polaczonych wspolnym kredytem, wspolnym mieszkaniem, dziecmi, ktorymi musi sie ktos zajac, psem itp. wspolne zycie nie wyjdzie, ale jak odejsc, skoro wszystko jest wspolne? kto wezmie mieszkanie, jak podzielic kredyt, z kim zostana dzieci, ktore ucierpia na tym wszystkim najbardziej, kto zatrzyma psa? masa problemow. lepiej machnac reka i meczyc sie w wypalonym zwiazku, ale miec dach nad glowa, dzieci, psa i swiety spokoj. straszne.
wychodzi na to, ze zrobil sie temat o rozwodzie, a ja jestem tchorzem i asekurantem, bo przy temacie slubu rozwazam mozliwosc bezstresowego rozstania.
ale gdyby to wszystko bylo prostsze: procedury, zaleznosci, mozliwosc powrotu do poprzedniego stanu, moze mniej by bylo tchorzy, a wiecej ryzykantow?

bo i tak przeciez byc moze


(wieczorem sie rozwine w temacie)
