Pozwole sobie przytoczyc co napisał był o Franco dr hab. Jacek Bartyzel:
Z pewnością jaskrawym nonsensem jest określanie Franco mianem "faszysty": "Oprócz tego, że słowo to niewiele znaczy, kiedy wyjmie się je z kontekstu historycznego i geograficznego [...], nie wydaje się, żeby odpowiadało ono trajektorii Franco czy jego sposobowi rozumowania" (A. Bachoud, dz. cyt. , s. 446); faktem jest, że Franco, dopóki musiał korzystać z pomocy faszystowskich sojuszników zewnętrznych i wewnętrznych, pozwalał rozwijać się "segmentowi" narodowo-syndykalistycznemu w łonie własnego obozu i w strukturach państwa, przyjął charakterystyczny dla faszyzmu model monopartii, lecz nie pozwolił jej zdominować państwa; przejmował także pewne gesty "faszystowskie" czy symbolikę faszyzmu, ale właśnie tym posługiwał się całkowicie instrumentalnie; np. 10 VII 1939 w toaście do ministra Ciano przyjmowanego w San Sebastián pozdrowił Duce, "który całemu światu ofiaruje światło bijące od wspaniałego tworu, jakim jest era faszystowska" (cyt. za: tamże, s. 202), ale zaraz po wyjeździe gościa wyjaśniał ambasadorom państw demokratycznych, za pośrednictwem ministra Jordany, że przemówienie dotyczyło przeszłości i miało na celu okazanie wdzięczności za włoską pomoc i nie stanowi żadnego zobowiązania na przyszłość; mit "Franco - faszysty" przenicował na wylot antyfrankistowski, emigracyjny pisarz hiszpański Michel del Castillo, w każdym calu liberał, lecz doskonale rozumiejący "kastylijską duszę", którą uosabiał Franco: "... w całym świecie zachodnim uczyniono z Franco faszystę. Tymczasem on zniszczył faszyzm hiszpański, Gdyby żył José Antonio Primo de Rivera, znienawidziłby tego kabotyńskiego generała. [...] Franco daleki był od filozofii nazistowskiej. Rosenberg w Hiszpanii zostałby wtrącony do więzienia. Te historie wysokich jasnowłosych aryjczyków, tworzących rasę panów, i ludów niższych, predestynowanych do roli niewolników Germanów, ta obsesja siły i okrucieństwa dręcząca bladych wąsatych urzędników - wszystkie te mętne opowieści nie interesowały wcale Caudilla. [...] Generalissimusowi nie chodziło wcale o przeprowadzenie rewolucji ani o zbudowanie nowego społeczeństwa. Bronił honoru, czyli wiary Hiszpanii. [...] Zamknąć frankizm w tym worku na wszystko, jakim stało się słowo faszyzm, to znaczy zrezygnować ze zrozumienia czegokolwiek z ostatnich czterdziestu lat historii Hiszpanii. Powtórzmy raz jeszcze: Franco nigdy nie był faszystą. Oczywiście włożył na głowę czerwony beret i pozdrawiał tłumy ręką uniesioną do góry. Ale nosił wiele innych nakryć głowy i wszelakiego rodzaju mundury, zależnie od okoliczności. Jeśli idzie o organizację państwa i o praktykę polityczną, przyjmował w istocie idee, które były pod ręką. [...] Było mu wszystko jedno, czy muzyka grała taki czy inny hymn, czy państwo nazywało się narodowosyndykalistyczne czy narodowosocjalistyczne. Dla tego niewysokiego, zamkniętego w sobie człowieka liczyło się tylko państwo potężne, zjednoczone i katolickie. [...] On sam chciał być jedynie narzędziem Opatrzności. [...] Franco nie myślał o zorganizowanym ludobójstwie. Nie dążył do eksterminacji jakiejś rasy lub jakiegoś ludu. [...] Bicie, zmuszanie do wypicia litrów oleju rycynowego, takie zabawy dobre były dla Włochów, którzy nigdy nie wiedzieli, co to jest powaga. Franco wiedział, że ma misję do spełnienia - ma wyrwać marksizm z ciała Hiszpanii. Bóg go wybrał, aby stał się ramieniem Jego Sprawiedliwości" (M. del Castillo, Hiszpańskie czary, Warszawa 1989, s. 107, 110, 112-3, 117).
oraz o nieniawisci wobec niego:
Powody szczególnej nienawiści - większej bodaj niż do Mussoliniego czy nawet Hitlera - jaką darzyli i darzą F. nie tylko komuniści i socjaliści, ale również demoliberałowie, są tylko na pozór irracjonalne, albowiem; 1/ F. popełnił rzecz niewybaczalną: nie dość, że wygrał, to jeszcze pokonał komunizm zbrojnie (dlatego także "tolerancja w mściwości nieprzejednana" dopadła Pinocheta); gdyby był przegrał, a najlepiej - został zatłuczony w kazamatach madryckiej czy innej CzeKa, mógłby liczyć na pośmiertną "rehabilitację" w ramach rozliczania "błędów i wypaczeń", albo na łzawe protesty "obrońców praw człowieka"; 2/ nie do zniesienia dla wyznawców demokracji "kultu" jest, że niewątpliwy antydemokrata przez cały okres rządzenia cieszył się autentyczną miłością ludu, a buntowały się przeciwko niemu - prócz agentury międzynarodowego komunizmu i separatystów baskijskich, którzy tą samą terrorystyczną metodą walczą przecież także z rządem demokratycznym - jedynie elity z "klasy dyskutującej" (la clasa discutidora); 3/ powodem najważniejszym i wspólnym dla wszystkich odłamów świata "postępu" jest przywiązanie F. do idei państwa katolickiego: to właśnie jest prawdziwym "skandalem", budzącym "zgorszenie" współczesnego świata, i w tym Caudillo jest gorszy od Duce i Führera; oni są "z tego świata" - panowania techniki, szybkości, mobilności, "rozkołysania" mas, propagandy sukcesu i powszechnej konsumpcji, on - "nie z tego świata", zastygły w hieratycznym i hierarchicznym trwaniu ponad czasem, "na wysokim krześle", z którego widać marność i przemijanie rzeczy świata tego; faszystowska gloryfikacja przemocy, a tym bardziej rasistowska ideologia narodowego socjalizmu, są dla współczesnej mentalności wstydliwe i odrażające, ale "zrozumiałe" (intelligibilne), bo "nowoczesne", sformułowane w języku moderny, można zatem je obalić, wykazać ich nicość na gruncie tego samego paradygmatu ideologicznego i kulturowego; wizja polityczna F. jest całkowicie spoza tego paradygmatu, jest "średniowieczna"; kluczowe dla niej pojęcia, takie jak "krucjata", "imperium Boga", "monarchia tradycjonalna" czy "reprezentacja organiczna", nie posiadają żadnych odpowiedników ani desygnatów w świecie zsekularyzowanym i zatomizowanym; są więc całkowicie obce "nowoczesności", a to, co obce, budzi zawsze strach, odrazę i agresję.
więcej o Franco i frankizmie:
http://haggard.w.interia.pl/franco.html
http://haggard.w.interia.pl/frankizm.html