Potem był gwałt, którego sprawcy założyliby się o litr spirytusu, że żaden kodeks tak by go nie nazwał. Mieliby rację. Definicja przestępstwa nijak się ma do sytuacji, kiedy chora psychicznie kobieta godzi się na wszystko, co się jej zaproponuje, nie protestuje, a w przypadku manii – nawet sama prosi o seks. Ci, którym nie jest obce wykorzystywanie kobiet znajdujących się w ostrej fazie choroby psychicznej, zdają sobie sprawę z bezkarności tego, co robią. Bo co to niby złego? Znajdują na ulicy fajną rzecz. Nie pięć złotych, nie puszkę po piwie, tylko żywe kobiece ciało, które można przelecieć za darmo i nie ponieść kary. Po prostu fart.
Polskie ustawodawstwo nie broni kobiet, które niedobrowolnie, bez świadomej decyzji, uprawiają seks w czasie nasileń chorób psychicznych. Osoby takie stanowią nierozpoznany podmiot prawa, co prowadzi do status quo, w którym czasowa, stwierdzona i potwierdzona medycznie niepoczytalność kobiety, notabene zaistniała bez własnej winy – bo przecież chorej nie możemy zrównać z pijanym kierowcą, który świadomie sięga po kieliszek – staje się wyrokiem. Chore muszą ponosić konsekwencje aktów seksualnych, do których nigdy by nie doszło, gdyby nie atak choroby. Nikt nie ściga domniemanych sprawców ich wykorzystania, nikt nie interesuje się słusznym prawem chorej do nieponoszenia konsekwencji czynów, na które nie miała wpływu, nikt nie wchodzi z plikiem kodeksów na grząski grunt, gdzie nie wiadomo, co jest decyzją, a co wymuszeniem, co dobrowolnym seksem, co gwałtem, co wolną wolą, co chorobą, a w tle czai się omijane szerokim łukiem pytanie o aborcję i obowiązującą ustawę.
całość artykułu: http://wiadomosci.onet.pl/1404049,2677,1,kioskart.html
może dla niektórych dość długi, ale wrty przeczytania
mnie to przeraziło
a co Wy o tym myślicie? czy faktycznie takiego czynu nie można uznać za gwałt?

