Przyznam, że mam mieszane uczucia w tej sprawie. Trudno w takich sytuacjach postawić się na czyimś miejscu.
Mam za sobą taki napad, który szczęśliwie dla mnie skończył się tylko na strachu. Wolałabym o tym nie pamiętać, ale czasem sam wraca w mało sympatycznych snach. A w końcu mi tak naprawdę nic się nie stało... I chyba z tej strony potrafię zrozumieć tą kobietę, która ma na codzień takiego "przypominacza" bolesnych wydarzeń w postaci własnego dziecka. Z drugiej strony można by uznać, że skoro nie oddała go po porodzie do adopcji, to zaakceptowała je jako część siebie i pogodziła się z tym co jest.
Zastanawiam się co tą kobietą tak naprawdę kierowało w tej batalii sądowej. Czy chęć uchronienia od podobnych historii innych kobiet, chęć ukarania lekarzy, czy też zwykła korzyść materialna. I czy nie boi się, że dziciak będzie miał z tego tytułu przykrości. Wolałabym nie wiedzieć, że nie powstałam z miłości dwojga ludzi tylko z brutalnego aktu przemocy. I że nawet własna matka nie chciała mnie urodzić, a to że żyję jest dla niej podstawą do żądania odszkodowania. To w końcu nie jest już takie małe, niczego nieświadome dziecko. Przykra sprawa... jakby na to nie spojrzeć...
