przez sen » środa, 8 lut 2006, 10:00
Podoba mi się w tym forum to, że trwa tu bardzo intensywna dyskusja na różne tematy. Miłe jest i to, że często jest to dyskusja merytoryczna, a już najbardziej podoba mi się, żejest grupa ludzi, która interesuje się dziedzictwem kulturowym miasta.
Przy okazji zagadnień twierdzy, Colberg wywołał problem dawnych koszar przy ul. Jedności Narodowej. Myślę, że dobrze się stało, iż podjęto się ich zagospodarowania. Można mieć jedynie wątpliwości co do tego, że robi to TBS, bo jakoś nie ufam tym tworom, które rozpleniły się w całej Polsce, ale póki co - przy mizerii finansowej samorządów - nie ma chyba innego wyjścia. Przekształcanie koszar w kompleksy mieszkaniowo-usługowe ma już swoją sporą tradycję i dobrze się sprawdza w Niemczech. Oczywiście w Polsce jest to jeszcze proces kulejący, pod szumnym mianem rewitalizacji prowadzi się nieraz zwykłe remonty, ale myślę sobie, że rolą takich stowarzyszeń jak TOnZ jest uświadamianie lokalnym "kierownikom zamieszania", o co w rewitalizacji chodzi.
Szerszym problemem jest włączenie obiektów zabytkowych do żyjącej struktury miasta, nadanie im nowej funkcji przy zachowaniu ich walorów estetycznych. Sądzę, że myślenie wyłącznie kategoriami Ustawy o ochronie i opiece nad zabytkami, nie jest najlepszym wyjściem. Rozwój społeczny i aktywność gospodarcza spowodowały, że muszą być podejmowane różnego rodzaju kompromisy, oparte o rzetelną analizę funkcjonalno-przestrzenną nie tylko samych obiektów, ale i ich otoczenia, przewidzenie ich roli społecznej w rozwoju miasta. Rewitalizacja w europejskim tego słowa znaczeniu, której doskonałe przykłady i możliwość ich przeniesienia na polski grunt mamy tuż obok w Niemczech, stanowi szansę, która może być podjęta w Kołobrzegu.
Zgadzam się co do tego, że bezkrytyczne oddawanie obiektów fotrecznych w ręce geszefciarzy, na zasadzie "kto da więcej", byłoby błędem nieodwracalnym, ale wydaje mi się, że poleganie na dobrych intencjach urzędników nie zda się na wiele. Nie ulega wątpliowści, że trzeba z nimi współpracować, bo póki co oni są przedstawicielami właściciela i najczęściej zarządcy obiektów, jednak silny, nawet międzynarowowy lobbing zapaleńców, ale i - co podkreślam - fachowców, może spowodować zmianę działania lokalnych oficjeli.
Zdaję sobie sprawę, że często zabieganie o uratowanie jakiegoś obiektu jest zajęciem frustrującym, skutkującym nieraz sporą traumą, ale czasami się udaje. Oby nie tak, jak w przypadku tzw. "warzelni soli" przy ul. Zygmuntowskiej. Przy tego typu lokalizacjach knajp, jak ta "Myśliwska", nieodmiennie pojawia się pytanie: co za idiota na to pozwolił?