wyjazd wyjątkowo owocny w wydarzenia…
Wejherowo z miejską staróweczką – no cóż... troszkę ona mała i z marnymi sklepikami po bokach ale dość urokliwa…
Gdynia – zwyczajnie nieciekawe miasto… jedyne co godne jest plecenia to port…
Kolejny przystanek – Sopot – coś rewelacyjnego… wyjątkowa atmosfera błogiego wczasowania… ładna plaża… śliczny deptak… długaśne molo (nie wiem tylko po cholerę im tyle śmigających na nim chorągiewek… irytowały mnie one)… w przewodniku pisali w dodatku, że na tzw. Monciaku powinno przechadzać się wieczorkami w oryginalnych kreacjach pozdrawiając słynne osobistości przebywające licznie w Sopocie na wakacjach… otóż to zwyczajne plotki… jedyną znaną twarzą jaką widziałam na deptaku była buzia – Brada Pitta – na bilbordzie …
Gdańsk – starówka – śliczna – nic dodać nic ująć… to co zrobiło na mnie wrażenie to właśnie prześliczne domki po bokach starówki… rywalizowały jednak z zawodami sumo które odbywały się także na starówce

po trzech godzinach hałasu i gwaru miałam już jednak szczerze dosyć i chciałam wracać do hotelu… no cóż z tego co widzę - pisząc straszna ze mnie maruda…
„wszędzie dobrze ale w domu najlepiej” – objedzona watą cukrową którą pałaszowałam w wyjątkowo obłędnych ilościach… lodami „świderkami” i kawą wracam do szarej rzeczywistości… pewnie troszkę tęskniła jak ja…
Ps. w Gdańsku wyjątkowo czuć klimat obchodów sierpniowych… byłam na wystawie poświęconej solidarności… byłam pod bramą stoczni… trafiłam na demonstrację młodych i starych stoczniowców śpiewających „mury” … to robi wrażenie… spodobał mi się jeden cytat pewnego staruszka … „teraz w dniu rozpoczęcia strajków świętujemy MY… potem jak będą oficjalne uroczystości świętować będą Ci którzy wcale nie powinni…” …