

Szach Mat
Wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Jest turniej, niewiadomo czego dotyczy, ale ważne że jest. Postanowiliśmy z Jamalem przygotować się solidnie, by sprostać zadaniu. Siłownia, basen, sala gimnastyczna, tego nam trzeba przed turniejem. Zapisaliśmy się również na testy wydolnościowe. Dodatkowo zatrudniliśmy tajską masażystkę, w razie odniesionych kontuzji.
To będzie ciężki tydzień, ale damy radę ku chwale kółka różańcowego. Na początek sto długości basenu, potem dwie godziny na siłowni, ćwiczenia na drążku i równoważni, testy i masaż.I tak przez caly wyczerpujący tydzień. Przygotowani jednak będziemy kompleksowo.
Gdy zakończyliśmy cykl treningowy, czuliśmy sie naprawdę mocni. Nikt nam nie sprosta, w żadnej dziedzinie sportu.
W dzień turnieju założyliśmy dres kreszowy, sportowe buty, ręcznik na szyję i jazda na turniej......szachowy. Zaraz zaraz, czy ja dobrze usłyszałem szachowy? Jak to szachowy? Gdzie szachowy? Cały nasz misterny plan wziął w łeb. Angela zapisała nas na turniej szachów błyskawicznych, w ramach zemsty za owocne wczasy w więzieniu.
"Jamal chłopie wymyśl coś" wycedziłem ze łzami w oczach. Tyle przygotowań na marne? Niedoczekanie Wasze. Startujemy!!
Pierwsza partia z arcymistrzem z Kenii, zakończyła się naszą niespodziewaną porażką, w trzech posunięciach. Ależ szybki ten Kenijczyk, nie pomogło kopanie pod stołem. Druga partia z reprezentantem Bhutanu, trwała nieco dłużej, ponieważ gralismy na czas. Całe 10 sekund, mimo porażki, tak uradowało Jamala, że wylądował pod opiekuńczymi skrzydłami pielęgniarki, czuwającej nad zdrowiem uczestników. W trzeciej rundzie zdecydowałem się na szarżę lewą flanką, celowym ruchem strąciłem szklankę z wodą ze stołu, by znów zyskać na czasie. Niestety w tym samym momencie, posiadacz drugiej kategorii szachowej z Bośni, ugodził mnie klasycznym matem. Cóż za chytry lis. W czwartej przedostatniej rundzie, stanąłem na wysokości zadania, używając fortelu, wygrałem partię!! Fortel polegał na tym, że przypadkowo strąciłem błyskawicznie z szachownicy, dwie wieże bodajże Tolkiena i gońca Króla Artura. Wtedy przeciwnik, mimo że z Mongolii, nie miał nawet iluzorycznych szans. Piąta ostatnia runda, była rundą najtrudniejszą, ponieważ grałem z 6-letnim Krzysiem znad morza. Z jaką gracją przesuwał pionki, szachował, atakował. W końcu wygrał, ponieważ poddałem się po kilku ruchach, gdy Krzyś obiecał mi randkę z jego adoptowaną mamą z Panamy.
Rozdanie nagród było tylko formalnością, wszystkie laury spadły na mnie. Widocznie komisja sędziowska poznała się na moim talencie i zmyśle taktycznym, godnym Napoleona. Angela była zawiedziona, do tego stopnia, że wyszła za Niemca.
Rachunek za wczasy na Jamajce (dla komisji sędziowskiej), był bardzo słony, niczym rosół teściowej.
Hala cudów i cudaków
Pomni bukmacherskich wydarzeń, postanowiliśmy udać się na mecz koszykówki, jako wybitni znawcy basketu. Bilety na mecz drogie, lecz teściowa postanowiła dać nam jeszcze jedną szansę, a co za tym idzie, gotówkę na bilety. Jako zagorzali fani, udaliśmy się na wyjazdowy mecz Anwilu w Sopocie z tamtejszym Treflem.
Lekko spóźnieni wchodzimy na halę. Słyszymy aplauz, jak się później okazało, niespowodowany naszym przybyciem, lecz punktami Trefla. Niestety nie ostatnimi. Zasiadamy na trybunie krytej, w razie gdyby spadł deszcz, ponieważ w Sopocie nigdy nic nie wiadomo.
Na tablicy znaczna przewaga Trefla, a my nawet nie wiemy, w jakich koszulkach grają nasi. Sympatyczna Pani z wąsem oznajmia nam, że Anwil występuje w białych kombinezonach. Rosną punkty graczy Sopotu, wprost proporcjonalnie do mojego ciśnienia. W końcu nie wytrzymałem i wypaliłem „Nagys, wisisz u mnie na plakacie na ścianie, jak przegracie, spadniesz za łóżko!!” Najwyraźniej się tymi słowami nie przejął, ponieważ znów spudłował. Nadzieja więc w Kadziulisie. Wykrzyczałem więc „Kadziulis zacznij grać, bo poznam Cię z moją teściową”. Tak zmotywowałem chłopaka, że na samą myśl załamał się i usiadł na ławie, gorący jak piec, czerwony jak cegła,.
Druga połowa meczu rozpoczęła się po myśli naszych pupili. Dali chłopaki w przerwie po kielichu jarzębiaka na odwagę. Wszak wiadomo, że jarzębina, budzi w nich bestie, po emisji filmu wojennego „Jarzębina czerwona”. Gdy wszystko układało się w jedną całość, nastała ciemność na hali. Myślałem, że zamknąłem oczy, ale sytuacja jest poważna. Padł agregat, pamiętający czasy lądowania Talibów w Klewkach. Bajka o napięciu opowiada, iż na pięciu napadło dziesięciu, więc napięcie wróciło po dziesięciu gołotach i zaiskrzyło światełko w tunelu. Mecz mógł być dalej rozgrywany, mógłby, gdyby nie tajemnicze zniknięcie Nagysa i Crispina. Nieoficjalnie mówi się, że widziano ich tydzień później w Machaczkale w Rosji na wczasach zakładowych.
Osłabiony Anwil przegrał z kretesem, jak Lepper w przyszłych wyborach. Słynny bohater książki „Na Jagody” Goran Jagodnik skarcił Anwil, niczym moja teściowa mnie, gdy nie skopie ogródka.
Na usta ciśnie się jedno słowo ZMOWA. Zostaliśmy oszukani przez, Nagysa i Crispina, agregat i teściową, która wystawiła nasze walizki za drzwi domostwa, śmiejąc się w niebogłosy i mówiąc „Kadziulisa poznałam już dawno temu, na dancingu w sanatorium w Machaczkale” Tym sposobem Machaczkałe dopisujemy również do zmowy przeciwko nam, kibicom sportowym.
Przedstawione wydarzenia są prawdziwe mniej więcej w 50%.Y. napisał(a):Flo napisał(a):Mozna chwalic, krytkowac nie wolno
I tym sposobem zostalam pozbawiona szansy napisania czegokolwiek.

Powrót do :: inne dziedziny sztuki
Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości