Dominika Olszewska-Dziobkowska 09-08-2006, ostatnia aktualizacja 09-08-2006 09:12
Chcesz startować z dobrego miejsca w wyborach samorządowych? Płać. Nie masz pieniędzy? Lądujesz w środku listy
"Gazeta" dotarła do nieoficjalnego cennika stołecznej PO. Kandydat do Rady Warszawy za pierwsze miejsce na liście zapłaci najpewniej 7 tys. zł, za drugie - 5 tys. zł. Do rad dzielnic pierwsze miejsce ma kosztować 5 tys. zł, a drugie - 3,5 tys. zł. Stolica ma 18 dzielnic, partia zyska więc na tym ponad 150 tys. zł.
Kosztują tylko tzw. miejsca biorące, czyli głównie pierwsze i drugie. Platforma ma w stolicy dość duże poparcie, więc dają niemal pewne zwycięstwo.
Pieniądze PO chce przeznaczyć na walkę Hanny Gronkiewicz-Waltz o fotel prezydenta Warszawy. Kampania musi być spektakularna, bo wystawiony przez PiS kontrkandydat Kazimierz Marcinkiewicz jest faworytem sondaży. Zgodnie z prawem na promocję Hanny Gronkiewicz-Waltz komitet wyborczy może wydać ok. 500 tys. zł. Wygląda na to, że mimo dużego poparcia w stolicy PO ma problem z zebraniem takiej sumy.
Opłata od kandydatów na listy samorządowe nazywana jest "dobrowolną darowizną" na fundusz wyborczy Hanny Gronkiewicz-Waltz.
- To bolesne, ale trzeba skądś brać pieniądze na kampanię - kwituje Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa warszawskiej PO.
- Za te pieniądze wydrukujemy ulotki, plakaty wyborcze. A na sukcesie Hanny Gronkiewicz-Waltz skorzystają wszyscy - przekonuje Jacek Kozłowski, szef warszawskiego sztabu wyborczego.
Wcześniej też było drogo.
Cztery lata temu start z wysokiego miejsca z listy Platformy też kosztował - pierwsze miejsce na liście do Rady Warszawy kosztowało 5 tys. zł, a na liście do rady dzielnicy 3,5 tys. zł.
Już wtedy lokalni działacze kręcili nosem. Ale licząc na zwycięstwo, pieniądze wyłożyli i weszli do rad.
W tym roku liczyli, że opłat nie będzie, bo w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych Platforma miała dobry wynik i dostaje z budżetu państwa blisko 22 mln zł. Teraz dowiedzieli się, że "darowizny" najpewniej będą.
Platforma przez ostatnie miesiące zachęcała do startu z własnych list niezależnych samorządowców. Kusiła ich dobrymi lokatami. Im też każe teraz płacić.
Lokalni działacze PO podają przykład aktywnego samorządowca z jednej z warszawskich dzielnic, który żyje ze skromnej emerytury. Nie ma takich pieniędzy. Właśnie się dowiedział, że jak ich nie zdobędzie, wyląduje w środku listy.
- Nic na to nie poradzę. Mam nadzieję, że pomogą mu inni działacze - rozkłada ręce posłanka Kidawa-Błońska.
Wyborcy ocenią sami
Grzegorz Schetyna, sekretarz generalny PO, twierdzi, że władze krajowe partii nie będą w tę sprawę ingerować, bo zasady przydzielania miejsc i opłat ustala się na poziomie regionalnym.
Decyzja o warszawskim cenniku zapadnie najpóźniej 15 sierpnia.
Inne partie twierdzą, że nie będą zbierały pieniędzy za miejsca na listach. - W ten sposób nie będziemy zdobywać pieniędzy na kampanię. Mamy fundusze z budżetu państwa - zapewnia Wojciech Dąbrowski, szef warszawskiego PiS.
- Na pewno tak robić nie będziemy - zarzeka się Jacek Pużuk, lider mazowieckiego SLD.
Przepisy wyborcze nie regulują metod przyznawania miejsc na liście. Krzysztof Lorentz z Krajowego Biura Wyborczego mówi: - Partie same decydują, jak układają listy. Ale wyborcy mogą ocenić takie praktyki.
Ciekawe, czy tak jest też w innych miastach.

